immortelle.


Gdzie byłyśmy kiedy nas nie było?

Cięłyśmy drut, zwijałyśmy drut, taszczyłyśmy drut gdzie się dało (bo musicie wiedzieć, że zlecenia od Was przyłapywały nas w przeróżnych okolicznościach), drut chodził z nami spać i wypijał z nami poranną kawę, drut słuchał monologów o łamaniu w stawach, wybierał z nami najlepszy przepis na świąteczne pierniki, drut odbijał nasze mętne spojrzenie, kiedy po dwóch godzinach snu literowałyśmy na głos każdego maila do Was, próbując uchronić nasze morale od "pizdrawiania cipło", drut spoglądał na nas z ukosa, kiedy z japońską precyzją i chińskim tajmingiem składałyśmy setne pudełko i wybierałyśmy naklejkę zastanawiając się, czy będzie współgrać z wybranym słowem i jak bardzo zmieni codzienność tego, u którego wyląduje, drut towarzyszył naszym błagalnym konwersacjom z kurierami, którzy specjalnie dla nas potrafili zawrócić się z obranego kursu, żeby przechwycić US'owy pakunek, chcemy wierzyć, że drut trochę nam współczuł posiadania tylko dwóch rąk (razem czterech), bo gdybyśmy były ośmiornicami na pewno byłoby nam o wiele łatwiej napisać dla Was te historie, które przy naszym udziale spinacie jednym słowem, jak klamrą, wywołując niejednokrotnie olbrzymie wzruszenie w naszych sercach.

I takich wzruszeń, jak to, które niesie mail poniżej (mail, przy którym obie się poryczałyśmy obiecując sobie, że kiedyś wystawimy drutowi pomnik. I Ali też!) z całego serca Wam życzymy :)


"Drogie US'y!
Chcę Wam serdecznie podziękować, za bransoletkę! Jest dla mnie ona czymś więcej niż samą ozdobą, gdyż ten napis miałam sobie wytatuować z moją przyjaciółką. Nie jest to jednak dla mnie pusty napis umieszczany na nadgarstku. Jest on dla mnie i Gosi potwierdzeniem, że damy sobie radę.
Zaczęłam się leczyć onkologicznie mając 16 lat. Rozpoznanie nie było zbyt optymistycznie, rak kości, bardzo złośliwy, guz 21cm w kości i jeszcze ten poza nią, możliwa amputacja ręki przy samej biopsji. I tak z wicemistrzyni Polski w karate, ratownika WOPR-u, zawsze otoczonej wianuszkiem znajomych stałam się pacjentką Instytutu Matki i Dziecka, a to wszystko dzień przed Wigilią. Tam poznałam Gosię, najcudowniejszą i najmądrzejszą życiowo 21-letnią dziewczynę na świecie z wielką pasją życia. Byłyśmy sobie bardzo bliskie, jak chemia to zawsze razem na sali, jej mama to moja ciocia, jej brat to mój brat. Snułyśmy plany co zrobimy, wizyta w Disneylandzie z noclegiem w pokoju księżniczek i tatuaże "Immortelle" na nadgarstku, byśmy zawsze pamiętały, że jesteśmy niezniszczalne i damy sobie radę cokolwiek by się działo. Pół roku później, w lipcu kończyłam leczenie, lecz nie zdążyłyśmy tego zrobić, gdyż Gosia umarła, pękło jej płuco. Na pogrzebie Gosi byłam bez chustki, łysa, lecz to w hołdzie dla niej. Długo nie potrafiłam się z tym pogodzić, każde wspomnienie było bardzo bolesne. Teraz gdy można powiedzieć, że po 5 latach przeszłam już żałobę przez przypadek trafiłam na Was. Tatuażu nie mogę sobie zrobić ze względu na endoprotezę zastępującą kość, lecz bransoletka od Was jest dla mnie i dla Gosi. Może teraz pojadę też do Disneylandu?

Dziękuję Wam raz jeszcze: Ala"

.

Autor: Monika